Na ulicach największego kubańskiego kurortu dla obcokrajowców, Varadero, jeździły przede wszystkim pojazdy napędzane naturalną końską siłą. Były też taksówki za dolary, jakie można spotkać na całym świecie. Przy wyjeździe z miasteczka miałam okazję zobaczyć też samochody rządowe.
W pewnym momencie policjant zatrzymał nasz pojazd i, podobnie jak innym, nakazał zjazd na pobocze.
Początkowo myślałam, że chodzi o sprawdzenie dokumentów czy może stanu technicznego samochodu. Ten drugi pomysł uznałam jednak szybko za głupi, bowiem wcześniej na ulicach widziałam różnego rodzaju dziwolągi jeżdżące na czterech, trzech czy dwóch kołach. Po kilku minutach kierowca usłyszał coś w radiu, odwrócił się do nas i poinformował, że ulicą będzie przejeżdżał prezydent. -
Rany, będę widziała samego Fidela Castro! - pomyślałam. Niestety, po chwili kierowca wyjaśnił, że to prezydent... innego państwa. Zaraz pojawiły się wyjące policyjne radiowozy, a za nimi chyba ze dwadzieścia czarnych "mercedesów". Rząd wie, co najlepsze. Oczywiście dla rządu.
źródło: http://www.travelplanet.pl
|